Agent w szeregach AK : Mały Katyń

Agent w szeregach AK : Mały Katyń

Henryk Wendrowski (ur. 10 stycznia 1916, zm. 19 marca 1997) – pułkownik, były oficer AK, następnie funkcjonariusz organów bezpieczeństwa i wywiadu
PRL (MBP, KdsBP, MSW), ambasador PRL w Kopenhadze 1968–1973.

W latach 1941–1942 w VIII Okręgu (Białystok) Polskiej Organizacji Zbrojnej „Racławice”, a następnie w szeregach Armii Krajowej (jako plut. pchor., na stanowisku szefa komórki legalizacyjnej okręgu, a następnie Inspektoratu Białostockiego AK, ps.: „Narbutt”, „Kos”, „Nawrot”). W lecie 1944 r. został zatrzymany przez Sowietów i zgodził się na współpracę z kontrwywiadem wojskowym „Smiersz”.
Karierę w organach bezpieczeństwa rozpoczął 25 września 1945, od stanowiska starszego referenta Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Olecku.

12278882_881567035284385_3674735017609460375_n

W kwietniu 1946 został pełniącym obowiązki szefa PUBP w Olecku. 19 sierpnia 1946 ściągnięto go do centrali Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie, gdzie pracował jako starszy referent Sekcji 2 Wydziału III Departamentu III MBP. W styczniu 1947 odznaczony Krzyżem Walecznych. W marcu 1947 stanął na czele Sekcji 2 (kierownik) Wydziału III Dep III. Od 15 sierpnia 1947 kierownik Sekcji 2 Wydziału II Departamentu III MBP. W tym czasie był bardzo aktywny i odnosił znaczne sukcesy w penetracji i likwidacji powojennej partyzantki antykomunistycznej m.in. Narodowych Sił Zbrojnych.

1 lutego 1950 został przeniesiony w stan nieczynny. W grudniu 1953 ponownie przywrócono go do pracy w MBP, tym razem na stanowisku naczelnika Wydziału III Departamentu III. W kwietniu 1955 sprawował to samo stanowisko w Komitecie ds. Bezpieczeństwa Publicznego. W grudniu 1955 został wicedyrektorem Departamentu III (walka z podziemiem reakcyjnym) KdsBP. Po likwidacji KdsBP w 1956 przeszedł do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W listopadzie 1956 objął stanowisko naczelnika Wydziału IX (analityczno-informacyjnego)
Departamentu I MSW, następnie w maju 1961 został naczelnikiem Wydziału III (wywiad na terenie Republiki Federalnej Niemiec, Austrii oraz Berlina Zachodniego) Departamentu I MSW. Od maja 1962 w dyspozycji płk.

Henryka Sokolaka, ówczesnego dyrektora Dep I; zwolniony z MSW w sierpniu 1968. Już we wrześniu 1968 został mianowany ambasadorem PRL w Kopenhadze, odwołany pięć lat później, we wrześniu 1973, powrócił do kraju. Zmarł w 1997. Został pochowany na Cmentarzu Północnym w Warszawie.

Morderca kolegów.

Według Instytutu Pamięci Narodowej, w 1946 dowodził (jako kapitan „Lawina”) akcją UB przeciwko oddziałowi żołnierzy NSZ na Podbeskidziu, którymi dowodził Henryk Flame[2]. Podczas akcji funkcjonariusze MBP namówili członków oddziału na wyjazd na ziemie zachodnie, zorganizowany rzekomo przez dowództwo Okręgu NSZ. Faktycznie przez cały czas akcja była kierowana przez UB.

Po przetransportowaniu członków oddziału (150–200 osób) do wcześniej przygotowanego miejsca, zostali oni odurzeni alkoholem i następnie rozstrzelani. W dalszej kolejności do dołów ze zwłokami zastrzelonych wrzucono tabliczki identyfikacyjne żołnierzy radzieckich i polskich w ilości odpowiadającej ilości ciał. Egzekucji mieli dokonywać Rosjanie, a będący na miejscu funkcjonariusze UB stanowili jedynie obstawę terenu.

Ponadto niejaki J. Zieliński zeznał, że z opowiadań kolegów dowiedział się, iż następną grupę żołnierzy NSZ z tego zgrupowania zamordowano przez umieszczenie w uprzednio zaminowanym baraku i wysadzenie go w powietrze.

Mimo poszukiwań archeologicznych i śledztw wciąż nie wiadomo, gdzie spoczywa ponad 160 żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych zgładzonych skrytobójczo w jednej z największych operacji kombinowanych UB.

12249640_881566998617722_7628451396291057786_n

W czerwcu 2010 roku prokurator katowickiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej Piotr Nalepa umorzył postępowanie w sprawie „zbrodni zabójstwa około 200 żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych ze zgrupowania «Bartek» z rejonu Podbeskidzia dokonanej jesienią 1946 roku w okolicach Łambinowic przez funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego”.

Poszukiwania na Podbeskidziu i Żywiecczyźnie przeprowadzone przez archeologów z Muzeum Śląskiego w Katowicach i saperów z Gliwic w kilkunastu miejscach niewiele dały. Wykopano łuski po pociskach do radzieckich pistoletów TT i pepeszy.

Do najcenniejszych znalezisk należą fragmenty kości i czaszek oraz sprzączki i inne elementy mundurów brytyjskich typu battledress. Najprawdopodobniej tylko tyle pozostało po zamordowanych partyzantach ze zgrupowania Narodowych Sił Zbrojnych kapitana Henryka Flamego, którzy blisko 67 lat temu prowadzili walkę z reżimem komunistycznym w Polsce. Historia tej zbrodni wciąż pozostaje zagadką.

Król Podbeskidzia
Henryk Flame (pseudonim „Bartek”) swoje wojenne przygody rozpoczął jako kapral pilot eskadry z brygady pościgowej w Warszawie już w pierwszym starciu powietrznym nad stolicą 1 września 1939 roku. Po wycofaniu jednostki w głąb kraju, a następnie internowaniu na Węgrzech, wrócił do okupowanej Polski. Podjął pracę jako maszynista na kolei w Czechowicach.

Równocześnie założył organizację HAK, która podlegała AK i zajmowała się dywersją, sabotażem oraz wywiadem na kolei. Po zdekonspirowaniu organizacji przez gestapo Henryk Flame uciekł z podkomendnymi do lasu, stworzył zręby oddziału partyzanckiego i nawiązał kontakt z NSZ.

Po wkroczeniu Armii Czerwonej na Górny Śląsk na polecenie narodowców ujawnił się ze swoimi ludźmi i został komendantem posterunku Milicji Obywatelskiej w Czechowicach, ale dalej pracował w konspiracji, dla podziemia. Gdy znów groziło mu aresztowanie ze strony bezpieki, wraz ze swoimi ludźmi kolejny raz znalazł schronienie w lesie, gdzie stworzył oddział, a następnie zgrupowanie partyzanckie VII Śląskiego Okręgu NSZ.

Prowadził bezwzględną walkę z nowym okupantem i szybko stał się legendarnym dowódcą, do którego masowo przyłączały się różne mniejsze oddziały i grupy zbrojne. Siał strach wśród komunistów i aparatu bezpieczeństwa, a społeczeństwo, w dowód uznania za jego zasługi i opiekę nad ludnością, zaczęło nazywać go królem. W czasach największego natężenia działań partyzanckich w szeregach zgrupowania „Bartek” znajdowało się ponad 350 żołnierzy działających w kilku samodzielnych oddziałach.

Największą i najgłośniejszą operacją kapitana Flamego było jego wkroczenie ze swoimi żołnierzami 3 maja 1946 roku do Wisły i przeprowadzenie tam uroczystej defilady wojskowej z okazji święta konstytucji. W mieście zajętym przez partyzantów ludowe wojsko, po rozmowie z nimi, zostało w koszarach i przyglądało się maszerującym w szyku żołnierzom, a funkcjonariusze MO i UB zabarykadowali się od środka.

Po całodniowej obecności w mieście partyzanci wycofali się w kierunku Baraniej Góry. Tego dnia nie padł ani jeden strzał. Informacja o tym bezprecedensowym wydarzeniu dotarła do samego prezydenta Bieruta, który nakazał natychmiastowe rozprawienie się z „bandą Bartka”.

Dotychczasowe próby fizycznej likwidacji partyzantów nie przynosiły żadnych rezultatów. Werbunek informatorów wśród ludzi z ich siatki również okazał się nieskuteczny. Nawet w Departamencie III Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie podjęto działania w celu infiltracji i likwidacji zgrupowania NSZ.

Operacji tej nadano kryptonim „Lawina”. Polegała ona na stworzeniu w całości fikcyjnego, kierowanego przez agentów UB, Okręgu Śląskiego NSZ.
Agenci nawiązali bezpośredni kontakt z łącznikiem „Bartka”. Na umówione spotkanie 8 sierpnia na Baraniej Górze przybył emisariusz okręgu NSZ – kapitan „Lawina”, w rzeczywistości podporucznik Henryk Wendrowski, pracownik UB, były żołnierz AK z Podlasia, który przeszedł na stronę komunistów i „wsławił się” likwidacją agenturalną oddziałów podziemia antykomunistycznego na Lubelszczyźnie.

12247117_881567011951054_8883183369486775479_n

Już na pierwszym spotkaniu dostarczył sfałszowane instrukcje dotyczące planowanego przerzutu całego zgrupowania na Zachód, gdzie pod okiem Amerykanów partyzanci mieli przejść odpowiednie szkolenie i wrócić do kraju, żeby prowadzić dalszą walkę z komuną. Na początku na jakiś czas mieli zatrzymać się na Ziemiach Odzyskanych, żeby walczyć z tamtejszymi oddziałami Werwolf. Flame od razu zgodził się na tę propozycję i rozpoczął przygotowania do przerzutu swoich ludzi.

W tym samym czasie w aparacie bezpieczeństwa został opracowany „Plan likwidacji B”. Żołnierze – ochotnicy lub ci, którzy byli „spaleni” w terenie – mieli być przerzucani w czterech etapach (po około 60 ludzi) amerykańskimi samochodami Studebaker. Sam Flame ostatniego dnia sierpnia po kolejnych dwóch spotkaniach z „Lawiną” udał się do Gliwic, do fikcyjnego mieszkania kontaktowego, i czekał na dalsze rozkazy. Na początku września miały ruszyć pierwsze transporty partyzantów w stronę strefy amerykańskiej. Niczego nieświadomi żołnierze mogli zabrać ze sobą jedynie broń krótką. Pozostałe ciężkie uzbrojenie miało być przerzucone później.

Wszelkie dokumenty UB dotyczące rozpracowania ludzi Flamego od tego momentu w tajemniczy sposób zniknęły. Nie ma żadnych pisemnych danych, co było dalej, jak wyglądała oraz gdzie miała miejsce sama ostateczna rozprawa z „wrogami ludowymi”.

Wszelkie dalsze relacje oparte są na zeznaniach świadków oraz prawdopodobnie jedynej osoby z transportów, której udało się uniknąć losu innych w dołach śmierci.
Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, z jaką łatwością i wręcz dziecinną naiwnością kapitan „Bartek” zgodził się na wysłanie swoich ludzi w nieznane. Tym bardziej to zaskakuje, że został ostrzeżony przez swojego podwładnego o możliwości prowokacji.

Antoni Biegun „Sztubak” dowodził jednym z oddziałów wchodzących w skład zgrupowania. Miał kontakty z członkami Wolności i Niezawisłości, którzy go poinformowali, że kapitan „Lawina” i inne osoby występujące w imieniu okręgu NSZ są podstawionymi agentami UB. Kiedy poinformował o tych doniesieniach swojego dowódcę, ten stwierdził, że jest on przeczulony. „Sztubak” kategorycznie jednak zabronił swoim podkomendnym udziału w przerzucie. Próbował nawet dopaść „Lawinę” i jego współpracowników, ten jednak zniknął.

Śmierć

Według prokuratorskich ustaleń i na podstawie zeznań żyjących jeszcze ludzi pamiętających tamte wydarzenia, doszły do skutku trzy transporty.

Pierwszy najprawdopodobniej ruszył z okolic Szczyrku około 6 września, a następne były w połowie tego miesiąca i około 25 września. Dziś już wiemy na pewno, że były co najmniej dwa miejsca masowych mordów. Jedno znajduje się w okolicach wsi Barut, na pograniczu dzisiejszych województw opolskiego i śląskiego, a drugie niedaleko Łambinowic.

Żyjący jeszcze naoczni świadkowie potwierdzają, że jesienią 1946 roku widzieli jadące wieczorem amerykańskie ciężarówki, w których siedzieli ludzie ubrani w polskie i brytyjskie mundury. Cały teren był podobno obstawiony przez funkcjonariuszy UB i NKWD specjalnie skierowanych do tej akcji.

W obu wypadkach schemat likwidacji miał wyglądać podobnie. Zmęczeni podróżą partyzanci zostawali na noc w przygotowanych przez „łączników NSZ” kwaterach. Poczęstowano ich obfitą kolacją, zakrapianą alkoholem wymieszanym z środkami nasennymi.

W poniemieckim zameczku myśliwskim Hubertus pod Barutem prawdopodobnie wrzucono wiązki granatów do pomieszczeń, w których spali partyzanci, po czym doszło do strzelaniny pomiędzy nimi – zaskoczonymi i nieświadomymi podstępu – a ich oprawcami.

Wyciągano z pomieszczeń jeszcze żyjących i kazano im się rozebrać do naga, po czym prowadzono nad przygotowane doły śmierci, tam zabijano strzałem w tył głowy. Wszystkie ciała wrzucano do masowej mogiły i spalono wraz z wszelkimi ich rzeczami tak, aby po partyzantach nie został żaden ślad.

W miejscowości Wierzbie pod Łambinowicami ludzi z jednego transportu zakwaterowano na noc w baraku przy poniemieckim lotnisku. Cały budynek wcześniej został zaminowany, a po kolacji zakrapianej zatrutym alkoholem – wysadzony w powietrze. Prawdopodobnie jeszcze przez trzy dni funkcjonariusze przeszukiwali okolicę. Zebrane szczątki partyzantów i pozostałości ich rzeczy najpewniej spalono i zagrzebano w nieodnalezionych do dziś dołach śmierci.

Ostatni, czwarty transport został wstrzymany. Do kapitana Flamego najprawdopodobniej dotarł jedyny ocalały z masakry żołnierz, który był uczestnikiem pierwszego lub drugiego przerzutu. Andrzej Bujak „Jędrek” w trakcie strzelaniny (najprawdopodobniej pod wsią Barut) ukrył się na strychu budynku, gdzie przeleżał trzy dni.

Następnie wrócił na piechotę na Podbeskidzie, do bazy zgrupowania NSZ. Gdy opowiedział o zdarzeniu, którego był świadkiem, nie uwierzono mu, a sam „Bartek” uznał go wręcz za prowokatora (!). Mimo wszystko do ostatniego transportu nie doszło, a Flame próbował nawiązać kontakt z „Lawiną”, którego jednak nie odnalazł.

12247071_881567051951050_7897704713938212809_n

Zacieranie śladów
Na tym praca operacyjna funkcjonariuszy się nie skończyła. Zaczęły się aresztowania żołnierzy przebywających w różnych mieszkaniach kontaktowych w Gliwicach, Zabrzu i innych miejscowościach na Śląsku. Zemsta aparatu bezpieczeństwa dosięgła również samego legendarnego dowódcę zgrupowania. Po amnestii w 1947 roku ujawnił się wraz z pozostałymi swoimi żołnierzami.

Nie nacieszył się jednak zbyt długo „łaską” ludowego państwa, ponieważ 1 grudnia 1947 roku został zastrzelony przez milicjanta, sierżanta Rudolfa Dadaka w restauracji w miejscowości Zabrzeg. Funkcjonariusz tłumaczył się, że zrobił to w akcie zemsty, bo ludzie „Bartka” zastrzelili jego brata, również milicjanta.

Sąd karny uznał jednak Dadaka za niepoczytalnego i skierował do szpitala psychiatrycznego, z którego po paru miesiącach wyszedł. Był zdrów na umyśle, wrócił zatem do pracy w MO. Po pewnym czasie w dziwnych i niejasnych okolicznościach wpadł pod nadjeżdżający pociąg i zginął na miejscu.

Do dziś nie ma żadnej pewnej wersji eksterminacji żołnierzy NSZ z Podbeskidzia. Wszelkie dane dotyczące tamtych wydarzeń są szczątkowe. Do rangi dowodów urastają zeznania okolicznych mieszkańców i tych, którzy nie wsiedli do ciężarówek wiozących na śmierć żołnierzy pełnych nadziei na lepsze jutro.

Według zeznań miejscowych, jeszcze w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku w miejsca domniemanej kaźni przyjechali funkcjonariusze resortu bezpieczeństwa i rozkopywali polany, gdzie miały znajdować się doły śmierci. Może starali się usunąć pozostałości po zamordowanych. W archiwach IPN – ani w Katowicach, ani w Warszawie – nie natrafiono na żadne ślady dokumentacji dotyczącej likwidacji zgrupowania. Nie wiadomo, kto zlecił tę masową zbrodnię i czyimi rękoma jej dokonał.

Badacze tego okresu podkreślają, że najprawdopodobniej dokumenty zostały dokładnie zniszczone lub znajdują się w prywatnych rękach.
Jedyne dowody potwierdzające tezę o masowym mordzie to odnalezione w trakcie prowadzonych w ciągu kilku ostatnich lat wykopalisk fragmenty kości. Widoczne na nich ślady zostawiła silna eksplozja. Niektóre znalezione łuski do naboi pistoletowych produkcji niemieckiej świadczą też o tym, że nie nastąpiła ona w wyniku wystrzału, lecz pod wpływem bardzo wysokiej temperatury (pożar lub silna detonacja).

Żyją również ludzie, którzy twierdzą, że w pobliżu miejsc zbrodni widzieli fragmenty ciał, odzieży czy nawet strzępy zdjęć i dokumentów, ale w obawie przed represjami niczego nie ruszali.

Żaden ze sprawców tej zbrodni nie stanął przed wymiarem sprawiedliwości. We wspomnieniach żyjących jeszcze pracowników Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Katowicach i Miejskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Bielsku pojawia się „grupa specjalna” z Warszawy, która dotarła na miejsce w celu wykonania mordu.

Osoba, która mogłaby najwięcej wnieść do sprawy – Henryk Wendrowski „Lawina” – zmarła w 1997 roku jako emerytowany pułkownik SB i zasłużony ambasador PRL w Danii.

Jedyną szansą na identyfikację ofiar jest, o ile to możliwe, pobranie DNA z fragmentów odnalezionych kości. Archeolodzy i badacze historii podkreślają, że nie jest to koniec poszukiwań mogił żołnierzy podbeskidzkiego NSZ. Planują też prowadzić prace w tym kierunku w Starym Grodkowie, Podlesiu i innych miejscach na Śląsku i Podbeskidziu. Dla żyjących jeszcze rodzin bardzo ważne jest, by mogły w końcu poznać miejsce spoczynku ich najbliższych i zapalić symboliczny znicz.

Mają nadzieję, że tak jak zbrodnia katyńska, tak i ta w końcu wyjdzie na jaw. Na razie pozostały tylko wspomnienia ostatnich słów partyzantów z września 1946 roku, wypowiedzianych tuż przed wyjazdem, takich jak te, które usłyszała Beata Talik od swojego brata Karola (pseudonim „Ryś”): „Nie płacz siostra za mną. Będzie Ci lepiej, jak dotrę do Londynu”.

Bartek

1. Legendarny „Bartek” urodził się
15.01.1918 roku, natomiast UB-ecki protokół sporządzony w 1947 roku, w
trakcie ujawnienia się „Bartka” w ramach amnestii (dokument IPN Ka
08/3269) podaje jako datę urodzenia Henryka Flame dzień 19.01.1918 r.
Bardzo niepokojącym jest fakt , że niektórzy historycy uznali jako
wiarygodne dane z odpisu dokumentu, sporządzonego w trakcie ujawnienia
się tego słynnego partyzanta.

2. Legenda „Bartka” była tak
nieskazitelna zarówno za jego życia jak po jego zamordowaniu przez MO
,że bezpieka spreparowała oszczerstwa o jego rzekomo niemieckich sympatiach . Przez UB i aktywistów PPR-u oraz zdrajców pracujących jako agenci bezpieki w sztabie VII Śląskiego Okręgu NSZ została szczegółowo opracowana i propagowana teoria o tym , że Henryk Flame rzekomo podawał się za Niemca i podpisał volkslistę. Dziwi mnie fakt , że obecnie niektórzy młodzi historycy dali się nabrać na oszczerstwa UB i powołują się na dokument IPN- AIPN Ka 08/3369 oraz Ka 08/3269 .

W jednej z książek nawet napisano:
”Henryk Flame przebywając w obozie
niemieckim jako żołnierz polski posiadając III grupę (…) podał się za
Niemca , wskutek czego został zwolniony z obozu”. Wszelkie te
twierdzenia są oszczerstwem!
Warto wiedzieć co to przedstawia
dokument Ka 08/3369- jest to lista osób ujawniających się przed komisją
amnestyjną w Bielsku na dzień 25.03.1947, a zatem jest to dokument
administracji komunistycznej, którego wiarygodność należy traktować z
najwyższą ostrożnością.

3. Nie pozostawiono nawet w spokoju
rodziny „Bartka” propagując jakoby jego dzieci były nieślubne. W
warunkach wojennych często nie sporządzano aktu małżeństwa, bo niektóre śluby odbywały się w konspiracji, a kiedy brak dokumentu, trudno określić dokładnie nawet rok ślubu . W przypadku „Bartka” było to tym bardziej uzasadnione, że gdyby hitlerowcy wiedzieli kto jest jego żoną,
to groziłoby jej śmiertelne niebezpieczeństwo, jako małżonce dowódcy jednego z oddziałów AK. Komuniści natomiast oraz agenci bezpieki już po śmierci bohatera rozpowszechniali plotki o tym, że nie zawarł ślubu. Niestety, współcześnie nadal niektórzy historycy powtarzają to kłamstwo.

4. Oszczercy i fałszerze historii
sugerowali jakoby „Bartek” i NSZ kierowali się ideologią faszystowską.
Jeden z historyków powołał się na dokument IPN-AIPN Ka S/64/03/Zk pisząc następnie: „..Henryk Flame posiadając trzecią grupę narodowościową został w roku 1944, jak zresztą wielu Ślązaków , powołany do armii niemieckiej”… Jest to moim zdaniem nieuzasadnione żadnymi dokumentami twierdzenie , bo tylko karta powołania do wojska niemieckiego , potwierdzona przez archiwum wojskowe RFN, mogłaby dawać podstawę do oskarżania „Bartka” o trzecią grupę volkslisty. Według mojej wiedzy Henryk Flame nie mógł w 1944 roku dostać powołanie do wojska niemieckiego , bo działał już wtedy w partyzantce antyhitlerowskiej w lasach Podbeskidzia.

Już w 1943 roku, jako jeden z dowódców oddziałów Armii Krajowej przyjął pseudonim „Grot”! Często czytelnicy przyjmują jako prawdę historyczną propagowane oszczerstwa, które powołują się na dokumenty IPN, a jest to poważny błąd, bo należy najpierw zaglądnąć do źródeł, czyli sprawdzić kto dany dokument sporządził i co w nim jest
napisane! Wyżej przytoczony -AIPN Ka S/64/03/Zk jest”notatką dotyczącą
Henryka Flame ps. „Bartek” –kryptonim rozpracowania WUBP- Katowice
„Wisła” –Zatem nie jest to żadne opracowanie IPN lecz bandycka
manipulacja Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w
Katowicach!

5. Władze komunistyczne , piórami swoich historyków przemilczały , albo bagatelizowały zasługi Henryka Flame w jego walce z okupantem hitlerowskim i rzadko w ogóle ujawniano , że był on żołnierzem AK . Jeżeli cokolwiek o tym pisano, to tylko, że rzekomo traktował ulgowo niemieckich okupantów …”stosując kary chłosty „ … Robiono to po to, aby pokazać jak łagodny był Flame wobec Niemców a jak bezwzględny wobec komunistów .

Żołnierze AK nie stosowali kar chłosty
wobec hitlerowców , bo nie chadzali z rózgami tylko z karabinami i albo
faszystów zastrzelili , albo zranili , natomiast na chłostę nie było
nawet czasu , bo akcje bojowe odbywały się na zasadzie błyskawicznego uderzenia i szybkiego wycofania się do lasu .

6. Bezpieka często próbowała wykazać
rzekomą „nielojalność” Henryka Flame, sugerując niezdyscyplinowanie
wobec dowódców , iż rzekomo opuścił AK zanim hitlerowcy zostali wyparci z
Podbeskidzia i wolał walczyć z komunistami niż z hitlerowcami , a
prawda była inna, bo według relacji znanego mi wywiadowcy NSZ, Flame
walczył w AK do czasu wyparcia ostatniego hitlerowca z Podbeskidzia, a dopiero po tzw. „wyzwoleniu” przez sowietów wstąpił do NSZ … Na
Podbeskidziu nigdy nie było animozji między AK a NSZ , jednak żołnierze
AK wstępowali do NSZ dopiero po wejściu na te tereny Armii Czerwonej i
UB , co miało miejsce dopiero w lutym 1945 roku .

Henryk Flame był człowiekiem honoru i dopiero gdy okazało się , że dowództwo AK nie wydało rozkazu do walki zbrojnej z sowietami, a Armia Czerwona wkroczyła na Podbeskidzie przeszedł do NSZ.

7. UB-ecy nigdy nie posiadali dokumentu volkslisty „Bartka”, ale żeby uprawdopodobnić , że zarówno on jak i jego żołnierze byli rzekomo sympatykami Niemców , stosowali manipulację w postaci skojarzeń, że skoro niektórzy partyzanci NSZ wywodzili się z rodzin volksdeutsch-ów , to sam Henryk Flame też był volksdeutschem ., a jego zgrupowanie- „bandą” .

8. UB stosowało często własną
nomenklaturę, nazywając NSZ bandą, natomiast wywiadowców NSZ –
informatorami bandytów. Informator , to było typowo UB-eckie określenie ,
natomiast w strukturach podziemia stosowano nazewnictwo : wywiadowca , zwiadowca, łącznik, a często po prostu „nasz człowiek” , albo
zakonspirowany kontakt . Poza tym zwiadowcy nie przekazywali
„informacji” tylko meldunki za które odpowiadali własną głową , bo jeśli
meldunek zawierał fałszywe dane , to wywiadowca był sprawdzany czy nie
przeszedł na stronę wroga .

NSZ to było prawdziwe wojsko , a nie jak chciałoby UB –„banda, operująca informatorami” .(W zasobach IPN znajduje się znamienny dokument AIPN Ka 093/476 zatytułowany: „charakterystyka Nr178 dotycząca bandy zbrojnej NSZ Okręgu VII pod dowództwem „Bartka”
struktura wywiadu”…)

9. Za czasów Edwarda Gierka wolno już było pisać i mówić o żołnierzach AK, jednak partyzanci NSZ należeli
nadal do grupy „żołnierzy wyklętych” i propagandyści PZPR-u i SB
lansowali teorie o konfliktach między AK i NSZ w czasie okupacji
hitlerowskiej. Twierdzenie ,że na Podbeskidziu istniał konflikt między
AK i NSZ jest bezpodstawne , bo sam Henryk Flame był żołnierzem AK i
nigdy i nigdzie nie wyrażał się negatywnie o Armii Krajowej , a tym
bardziej o NSZ, którego stał się legendą .

Wielu żołnierzy i wywiadowców
NSZ wywodziło się z AK , dlatego sugerowany podział podziemia
antykomunistycznego Podbeskidzia na poAKowskie i NSZ jest niczym nie
uprawnione historycznie w oddziale „Grota” , a potem „Bartka”, bo nie
było tutaj ani w czasie okupacji hitlerowskiej, ani po wejściu Armii
Czerwonej konfliktu między AK i NSZ . Fakt , że po rozwiązaniu AK ,
wśród wielu partyzantów nastąpiło rozgoryczenie nie oznacza , że były
podziały na tych co pochodzili z AK i na tych, co byli od początku w NSZ
. Fakt różnic politycznych naczelnych dowódców AK i NSZ nie miał
żadnego skutku ani znaczenia na poziomie zgrupowania „Bartka” .

Takie podziały próbowała stworzyć NKWD i UB-ecja , formułując właśnie
oskarżenia wobec NSZ o rzekomą kolaborację z Niemcami i krytykę
„demokracji”. Należy być bardzo ostrożnym w podawaniu oszczerstw jako bardziej lub mniej prawdopodobnych zdarzeń historycznych

Reklamy